Gorączki z tropików

Obszary tropikalnej Afryki i Ameryki Południowej mogą być źródłem zabójczych wirusów, na które medycyna do dzisiaj nie znalazła ani lekarstwa, ani szczepionki.

W 1974 roku grupa poszukiwaczy złota znalazła w dżungli w Gabonie martwego szympansa. Mężczyźni, nie zastanawiając się długo, poćwiartowali, upiekli i zjedli zwierzę - złoto niestety nie uczyniło z nich krezusów. Ofiarą tropikalnego wirusa Ebola padli wówczas nie tylko uczestnicy tej fatalnej uczty, ale również ich rodziny i niemal wszyscy pracownicy szpitali, którzy podjęli się ratowania ich życia - łącznie kilkaset osób. Tak zaczęła się jedna z kilku epidemii wirusowych gorączek krwotocznych, które nawiedziły Afrykę na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

Wirus zawleczony następnie przez Sudan do Zairu w 1976 roku zmusił władze do otoczenia stolicy kraju kordonem wojskowym, aby nie pozwolić na przeniesienie epidemii do miejsca łączącego w sobie wszystkie negatywne cechy wielkiej metropolii i miasta slumsów. Problem uważano za afrykański do tego stopnia, że wirusowi nadano nazwę Ebola, od jednej z zairskich rzek.

Tragedie rozgrywające się na peryferiach cywilizowanego świata z reguły nie wywołują w Europie i USA żadnego zainteresowania. W przypadku wirusów tropikalnych jest jednak inaczej z dwóch powodów. Po pierwsze złą sławę zyskały dzięki przerażającemu przebiegowi wywoływanych przez nie tajemniczych chorób, które zamieniały ciało konającego pacjenta w broczący krwią, nieprzytomny strzęp.

Po drugie wirusy te pojawiły się w Europie już w 1967 roku, gdy wywołały małą epidemię w Niemczech i Jugosławii. Choroba została przywleczona przez importowane afrykańskie małpy, a wirusa nazwano Marburg, od miejscowości, gdzie miał miejsce pierwszy zgon.

Odkryto, że wirusy Marburg i Ebola są ze sobą spokrewnione, a ich podobieństwo jest widoczne na pierwszy rzut oka uzbrojonego w mikroskop elektronowy - można wtedy zobaczyć charakterystyczny nitkowaty kształt. Wirusy te posiadają wiele nie znanych dotąd biologom cech. Należą do grupy tzw. filowirusów (wirusów nitkowatych), których materiał genetyczny stanowi RNA (jednoniciowy "kuzyn" DNA). Są one tzw. wirusami szybko zabijającymi. Zgon następuje w ciągu trzech tygodni od zakażenia. 2 lata temu badacze odkryli m.in. białko odpowiedzialne za błyskawiczne spustoszenie, jakiego dokonują te patogeny w ciele chorego. Może się ono okazać dobroczynne, gdyż naukowcy chcą je wykorzystać w walce z rakiem, aby powstrzymywać wzrost guza.

Historia tropikalnych gorączek nie zaczęła się jednak w erze mikroskopów elektronowych. Od czasów konkwistadorów i holenderskich zdobywców Afryki Europejczycy doświadczali zabójczej skuteczności nie znanych im wcześniej chorób dużo bardziej niż drapieżnych zwierząt czy trujących roślin. Lesseps został zatrzymany podczas robót przy budowie Kanału Panamskiego nie przez armię czy brak środków finansowych, ale przez wirusa żółtej febry - chorobę przywleczoną do Ameryki Środkowej przez afrykańskich niewolników. Dopiero radykalne osuszenie terenu, które wytępiło komary - głównego nosiciela choroby - pozwoliły na stworzenie połączenia między Atlantykiem a Pacyfikiem.

Pojedyncza epidemia febry w dolinie Missisipi pod koniec XIX wieku pochłonęła 13 tysięcy ofiar, podobne zdarzenie spowodowało śmierć 6 tysięcy ludzi na Półwyspie Iberyjskim. Mimo że epidemie żółtej febry trapiły cywilizowany Świat już od XVII wieku, nie opracowano, jak dotąd, żadnego skutecznego lekarstwa (opisywana w Sienkiewiczowskim "W pustyni i w puszczy" terapia chininą do najefektywniejszych nie należy), ale istnieje szczepionka wprowadzona już w latach 30. naszego wieku, o której powinien pamiętać każdy turysta zamierzający odwiedzić obszary tropikalne.

Denga to inny wirus, podobnie jak żółta febra, rozsiewany przez komary, wywołujący szeroko rozpowszechnioną, ale nie śmiertelną dla ludzi gorączkę krwotoczną wszędzie tam, gdzie nie występuje febra, czyli w południowo-wschodniej Azji, Ameryce Południowej, Australii i na Karaibach, a nawet w krajach śródziemnomorskich. Przeciw dendze nie istnieje jednak skuteczna szczepionka, co umieszcza go w jednej grupie z zabójczymi wirusami tropikalnymi, jak Marburg i Ebola, czy roznoszony przez pewien gatunek szczura wirus Lassa z Afryki Zachodniej.

Podobne do tego ostatniego wirusa są patogeny odkryte w Ameryce Południowej, obdarzone wdzięcznymi hiszpańskimi imionami: Machupo, Junin i Guanario. Wszystkie one należą do rodziny arenawirusów, gromadzącej jedne z najbardziej chorobotwórczych wirusów znanych medycynie. Nawet intensywne leczenie chorego nie potrafi odwrócić wydanego nań wyroku śmierci, o ile zakażenie weszło już w fazę krwotoczną.

Podobnie jak HIV, wywołujący chorobę AIDS, z rejonów tropikalnych wywodzą się i inne, nie mniej groźne wirusy. To dowodzi, że nie ma bariery, której afrykańskie i południowoamerykańskie patogeny nie mogłyby przekroczyć, by zaatakować ludność Europy czy Ameryki Północnej. Do dziś nie potrafimy walczyć z większością tych chorób, znamy szczepionki i lekarstwa tylko przeciw niektórym spośród nich.

Jednak w przeciwieństwie do HIV większość wirusów tropikalnych wywołuje choroby o bardzo ostrym przebiegu. Specjaliści twierdzą, że w ciągu dwóch tygodni życia, które wirus zostawia swej ofierze, nie jest ona w stanie zarazić wystarczającej liczby osób, by powstała globalna epidemia. Ograniczony jest również obszar występowania bezobjawowych nosicieli tych wirusów, czyli tropikalnych małp, szczurów i komarów. To sprawia, że w przeciwieństwie do AIDS choroby tropikalne mają znikomą szansę na wywołanie globalnej epidemii.

Biolodzy molekularni badają je jednak bardzo skrupulatnie, aby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego są one tak zastraszająco chorobotwórcze, jakie białka są odpowiedzialne za krwotoki, które wywołują one u chorych. Wiele z tych zagadek zostało już rozwikłanych.

Trzeba jednak nieustannie pracować nad gorączkami tropikalnymi, gdyż w jednym wirus Ebola przypomina HIV. Ponieważ materiałem genetycznym obu wirusów jest RNA, okazują się one bardzo zmienne. To dlatego nie można opracować szczepionki na AIDS, bo wywołujący ją wirus nieustannie przybiera inne maski i nasz układ odpornościowy nie potrafi go rozpoznać i unieszkodliwić.

Zmienność Eboli może być także w przyszłości odpowiedzialna za przekroczenie przez niego barier kontynentów. W wyniku zmiany w RNA, tzw. mutacji, wirus może zmienić swe właściwości tak radykalnie, że będzie zdolny rozprzestrzenić się, zabijać wolniej i w sposób bardziej wyrafinowany. Tak prawdopodobnie rozwinął się HIV.

Nie można również wykluczyć, że Ebolą zainteresują się skutecznie pseudo-badacze, jak chociażby ci związani z japońską sektą Najwyższa Prawda. Dowiedziono, że podczas jednej z lokalnych epidemii w 1995 roku wybrali się oni do Zairu, by z narażeniem życia zdobyć wirusa i rozpocząć prace nad jego "przerobieniem" dla potrzeb terrorystycznego arsenału.

Poszukiwania idealnie skutecznej broni biologicznej są prowadzone nie tylko przez szarlatanów znanych z zagazowania tokijskiego metra. W armii amerykańskiej istnieją już od lat specjalistyczne jednostki służb epidemiologicznych, które dostarczają ofiary nieznanych wirusów do Fort Detrick. Tam poddawane są one terapii i tylko tam naukowcy podejmują prace nad rozszyfrowaniem sekretów nowego patogenu. Można zaufać "szczelności" tych laboratoriów, choć i tu zdarzają się wypadki zarażenia pracowników naukowych. Pozostaje nam wierzyć, że za wschodnią granicą laboratoria są równie bezpieczne, a armia pozostaje pod cywilną kontrolą. 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*